Nadchodzi in house w odpadach. Kto zyska, kto straci?

wydany w Przegląd Komunalny – 2014-10
  DRUKUJ

Jedni pomstują na rządowe plany wprowadzenia możliwości zamówień „in house” w gospodarce odpadami, inni czekają na taką regulację jak na zbawienie. Jakie argumenty mają zwolennicy i przeciwnicy planowanych zmian? Czy likwidacja obowiązku przetargowego wyboru wykonawców przewróci rynek odpadów do góry nogami i zapoczątkuje kolejną „rewolucję śmieciową”?

Ten artykuł jest dostępny dla wszystkich.

Możliwość zlecania przez samorządy zadań dotyczących gospodarki odpadami własnym jednostkom budzi emocje od samego początku wdrażania znowelizowanej ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach (u.c.p.g.). Konieczność ogłaszania przetargów, a w konsekwencji rynkowy wybór wykonawców skutkował w wielu przypadkach potężnymi problemami zakładów budżetowych i gminnych spółek komunalnych. Samorządy zaczęły więc walczyć o likwidację obowiązku przetargowego sposobu wybierania wykonawcy, który zajmie się gospodarką odpadami komunalnymi na ich terenie. Najgłośniej protestowały władze Inowrocławia, kierując nawet w tej sprawie skargę do Trybunału Konstytucyjnego. Choć skutku to nie przyniosło, pojawiła się nowa droga osiągnięcia zamierzonego celu. Furtkę do tzw. zamówień „in house” otworzyła Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/24/UE z 26 lutego 2014 r. w sprawie zamówień publicznych, uchylająca dyrektywę 2004/18/WE. Artykuł 12 nowej dyrektywy pozwala na pominięcie przez samorząd procedury przetargowej, o ile zachowane zostanie kilka warunków (m.in. jeżeli zamawiający kontroluje dany podmiot podobnie jak własną jednostkę oraz jeżeli ponad 80% działalności kontrolowanego podmiotu jest prowadzone w ramach zadań powierzonych jej przez zamawiającego). Termin implementacji wspomnianej dyrektywy do prawa krajowego upływa 18 kwietnia 2016 r., ale wygląda na to, że samorządy nie będą musiały czekać na „in house” tak długo.

Kwestia ta ma być bowiem uwzględniona w rządowej nowelizacji u.c.p.g., planowanej na przyszły rok. Oczywiście zastrzec należy, że ostateczną decyzję w tej sprawie podejmie Parlament. Szczegóły zmian miały być podane do wiadomości na przełomie września i października (już po zamknięciu tego wydania „Przeglądu Komunalnego”). Zanim to się stało, spytaliśmy o opinię w tej sprawie szerokie grono zainteresowanych – od samorządowców, przez przedsiębiorców, po ekspertów. Kto chce, a kto się obawia „in house”? Jakie skutki przyniesie taka regulacja, kto na niej skorzysta, a kto straci?

O „in house” czytaj także w felietonie posła Tadeusza Arkita na str. 119.

Maciej Lisicki

zastępca prezydenta miasta Gdańsk

Nakładająca na gminy obowiązek organizacji gospodarki odpadami komunalnymi nowelizacja ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach powstała jako kompromis wielu grup interesów, które wpłynęły na jej kształt, ograniczając jednocześnie samorządność gmin przy realizacji nowego zadania własnego. Gdańsk, będący kolebką „Solidarności” oraz jako członek Unii Metropolii Polskich, jest szczególnie wrażliwy na ograniczenia w tym zakresie. Wprowadzenie obligatoryjnych przetargów narusza bowiem zasady realizacji zadań własnych gmin, zawarte już w ustawie o gospodarce komunalnej. Nie ma również żadnego uzasadnienia, aby pozbawiać polskie samorządy rozwiązań stosowanych w innych państwach UE, w tym zamówienia „in house”.

Nasze poparcie dla zamówień „in house” nie jest związane z interesem gospodarczym. W Gdańsku gospodarką odpadami zajmują się spółka miejska eksploatująca, wybudowany przy udziale środków Unii Europejskiej nowoczesny zakład przetwarzania odpadów, który jest jedynym RIPOK-iem w regionie, oraz prywatne firmy transportujące odpady.

Obserwujemy, że obecny wymóg przetargów spowodował, iż na rynku usług gospodarki odpadami pozostały w większości duże korporacje, które w kolejnych zamówieniach próbują korzystać z pozycji monopolisty. Zlecanie usług w trybie „in house” da sygnał dużym firmom, że możemy przeciwdziałać próbom zawyżania cen usług. Gdańsk, który jest podzielony na sześć sektorów, również rozważa możliwość zlecenia obsługi jednego z sektorów spółce miejskiej, która będzie działać z godziwym zyskiem.

Elżbieta Turowiecka

naczelnik Wydziału Inżynierii i Ochrony Środowiska Urzędu Miasta Sopotu

Sopot należy do tej nielicznej grupy gmin, w których wciąż funkcjonują zakłady budżetowe. Sopocki Zakład Oczyszczania Miasta (ZOM) został utworzony w 1991 r. i – poza sprzątaniem ulic – od początku swojej działalności odpowiedzialny był za odbiór odpadów komunalnych z terenu Sopotu. Do początku 2000 r. ZOM obsługiwał 100% sopockiego rynku, zaś w roku 2012 było to 80%. Z chwilą wejścia w życie tzw. reformy śmieciowej miasto miało szeroką wiedzę na temat ilości i struktury odpadów komunalnych. ZOM nadal jest odpowiedzialny za administrację gospodarką odpadami komunalnymi w Sopocie. W przypadku Sopotu reforma zmieniła to, że wszyscy mieszkańcy, którzy zadeklarowali segregację, zostali od razu wyposażeni w pojemniki do segregacji. Zagwarantowano im dotychczasowy bezpłatny odbiór odpadów surowcowych w każdej ilości, odpadów wielkogabarytowych w każdej ilości oraz, również w każdej ilości, odbiór odpadów zielonych (trawy, liści i gałęzi) pochodzących z pielęgnacji nieruchomości, a ponadto bezpłatny odbiór odpadów budowlano-remontowych i rozbiórkowych w ilości 1 m3/rok/gospodarstwo domowe. Dzięki wszystkim tym rozwiązaniom już w 2013 r. Sopot uzyskał poziomy recyklingu i odzysku wymagane dopiero dla roku 2018 i 2020.

W przypadku zakładu budżetowego, ze względów prawnych, trudno jest mówić o zamówieniu „in house” – dokonujemy samodzielnej realizacji zadania przez gminę. Od początku uważaliśmy, by – zgodnie z ustawą o gospodarce komunalnej – pozostawić gminie dowolność w wyborze formy realizacji jej zadań, przecież to nie forma organizacji powinna być celem ustawy, ale osiągnięty efekt. Warto też zaznaczyć, że gdyby zaszła konieczność likwidacji sopockiego ZOM, pozbawiłoby to pracy ponad 80 osób.

Waldemar Stupałkowski

Burmistrz Sępólna Krajeńskiego

Zlecenie bezprzetargowo przez samorząd zadań związanych z gospodarką odpadami jest dobrym rozwiązaniem. Pozwala na racjonalne wykorzystywanie zasobów własnej spółki w tym zakresie a co się z tym wiąże lepszy nadzór i kontrolę nad powierzonym zadaniem. Stwarza także większe możliwości planowania gospodarki odpadami.

Gmina Sępólno Krajeńskie posiada swoją spółkę komunalną, która zajmuje się gospodarką odpadami. Podmiot ten wykonuje obecnie zadania z tego zakresu również jako podmiot wyłoniony w drodze przetargu. W przypadku wejścia w życie nowych regulacji i możliwości przekazania zadań tego typu spółce, skorzystamy z takich możliwości. Pozwoli to na utrzymanie miejsc pracy co jest niebagatelną sprawą w przypadku małych samorządów.

Wprowadzenie zamówień „in house” miałoby również znaczący wpływ na finanse gminy a także wysokość opłat pobieranych za odpady od mieszkańców. Pójście drogą ustawową może skutkować wejściem obcego podmiotu na lokalny rynek i podwyższeniem opłat za odbierane odpady. Łatwiejsze i o wiele uproszczone jest zlecenie tego typu zadań swojej spółce, na którą ma się bezpośredni wpływ oraz możliwość szybkiej reakcji na powstające problemy.

Andrzej Gawłowski

zastępca przewodniczącego zarządu Związku Międzygminnego „Pilski Region Gospodarki Odpadami Komunalnymi”

Wdrożenie „in house” należy dokładnie i w szczegółach przemyśleć oraz wpisać w całość rozwiązań systemowych. Intencją ustawodawcy nowelizującego u.c.p.g. było m.in. nakłonienie gmin do łączenia się w związki, a więc większe, tańsze i wydolniejsze struktury, z czego skorzystały także gminy mające swoje instalacje lub przedsiębiorstwa komunalne. Dopuszczenie zamówień „in house” może je inspirować do występowania z powstałych struktur – w nadziei na samodzielność i większy wpływ na realizację systemu. To może zniweczyć uzyskane już efekty oraz doprowadzić do atomizacji systemu.

Należy także spodziewać się kolejnego impulsu do sporów wokół koncepcji systemu gospodarki odpadami, głównie na linii samorządy – firmy prywatne. Podgrzanie atmosfery nie będzie sprzyjać rzeczowej dyskusji o innych ważnych i potrzebnych korektach systemu, a jest ich niemało.

Rozdzielenie przetargów oraz wdrożenie „in house” bezwzględnie powinno być poprzedzone definitywnym uporządkowaniem kwestii RIPOK-ów ujętych w WPGO. Obojętnie bowiem, czy w przetargu, czy poprzez zamówienie „in house”, gmina lub związek muszą wskazać instalacje mające pewność prawną swojego istnienia.

Źle przygotowane regulacje dotyczące „in house” mogą nastręczać daleko idących trudności w poprawnych rozliczeniach pomiędzy zlecającym usługę samorządem a przyjmującą to zlecenie jednostką. Pamiętajmy przy tym, że w praktyce gminy przyjęły bardzo rozbieżne rozwiązania prawne odnośnie własnych jednostek, a struktura własnościowa podmiotów też bywa bardzo zróżnicowana. Należałoby także określić warunki dopuszczalności „in house” w przypadku związków gmin (zarówno mających własne instalacje czy firmy wywozowe, jak i ich niemających).

Regulacje dotyczące in house powinny znaleźć się w ustawie o zamówieniach publicznych, a nie ustawie o utrzymaniu czystości. Trudno jest ocenić, czy ich wdrożenie będzie miało wpływ na koszty i stawki opłat. W każdym regionie, każdym związku i każdej gminie jest inaczej.

Tomasz Uciński

prezes Zarządu Krajowej Izby Gospodarki Odpadami

Izba od dawna postulowała umożliwienie gminom korzystania z zasady „in house” w odniesieniu do sektora odpadowego i teraz, popierając kierunek zmian, liczymy na jak najszybsze transponowanie do prawa polskiego tego typu zamówień, zgodnie z zapisami Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady z 26 lutego 2014 r. w sprawie zamówień publicznych.

Gospodarka odpadami, podobnie jak gospodarka wodno-ściekowa, należy do grupy zadań własnych gminy i nie ma powodu, aby ten sektor jako jedyny funkcjonował w zupełnie inny sposób. Mając na uwadze dążenia Komisji Europejskiej do stworzenia gospodarki o obiegu zamkniętym, priorytetowe staje się szybkie wdrożenie nowych przepisów dotyczących „in house”, pozwalających gminom na dynamiczne działania w zakresie kreowania nowych rozwiązań systemowych.

Prognozując wpływ wprowadzenia „in house” na działalność podmiotów gospodarczych o kapitale gminnym, trzeba mieć na uwadze przede wszystkim aktualną sytuację – większość gmin rozstrzygnęła już przetargi i obowiązują je umowy. Jednakże w dalszej perspektywie gminy, które zdecydowałyby się na przekazanie zadania własnego, polegającego na odbiorze i zagospodarowaniu odpadów, własnym spółkom, rozpoczęłyby budowanie systemu opierającego się na zaspokojeniu potrzeb mieszkańców przy pomocy lokalnego potencjału, przy jednoczesnym maksymalnym wpływie na sposób realizacji zadań i najwyższej dbałości o środowisko. Niewątpliwą zaletą unijnego rozwiązania jest też jego dobrowolność, dzięki której na wykorzystanie mechanizmu zdecydują się wyłącznie te jednostki samorządu, które dysponują podmiotami na najwyższym poziomie, a to z kolei z pewnością przełoży się na osiągnięcie zakładanego efektu ekologicznego.

Dariusz Matlak

prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami

„In house” w odpadach to pomysł zły i niedopuszczalny. Źródłem finansowania przez gminy usług w zakresie gospodarki odpadami są opłaty wnoszone do kasy gminnej przez mieszkańców. Są to więc fundusze publiczne, które trzeba w każdym przypadku wydatkować zgodnie z przepisami ustawy o finansach publicznych i Prawa zamówień publicznych. Nawet wówczas, gdy jest wyłącznie jeden wykonawca, który może zrealizować dane zamówienie (np. jedyna w regionie instalacja RIPOK), uzasadnione jest przeprowadzenie postępowania o udzielenie zamówienia publicznego w jednym z trybów niekonkurencyjnych, chociażby po to, aby udokumentować negocjacje warunków realizacji usług – standardu technologicznego, terminów realizacji i ceny. Natomiast w sytuacji typowej, gdy o uzyskanie zamówienia na realizację usług na danym rynku lokalnym konkuruje kilka firm odbierających odpady lub RIPOK-ów, powinny być przeprowadzane transparentne postępowania o udzielenie zamówienia publicznego. Inaczej powstanie monopol jednej spółki (nieważne – prywatnej czy komunalnej), którego skutki w postaci stale rosnących opłat za śmieci najdotkliwiej odczują mieszkańcy.

Same zamówienia „in house” nie stanowią zagrożenia dla przedsiębiorców prywatnych, bo one przecież od dawna funkcjonują na polskim rynku usług publicznych. Prawdziwą katastrofą dla firm byłaby przede wszystkim likwidacja przetargów na odbieranie lub na odbieranie i zagospodarowanie odpadów. Wprowadzenie takiego rozwiązania, czyli nacjonalizacji rynku, oznaczałoby w krótkim czasie masowe bankructwa firm prywatnych, zwolnienia kilkudziesięciu tysięcy pracowników zatrudnianych przez sektor prywatny i bezprecedensowe procesy odszkodowawcze o wymiarze krajowym i międzynarodowym.

Witold Zińczuk

przewodniczący Rady Programowej Związku Pracodawców Gospodarki Odpadami

Możliwość bezprzetargowego zlecenia zadań w zakresie gospodarki odpadami przez samorząd byłoby bardzo złym rozwiązaniem, wątpliwe też, czy zgodnym z Konstytucją. Pomysł wspiera się konstrukcją „in house”, całkowicie jednak opacznie rozumianą. Aktywiści egzekutyw samorządowych identyfikują kwestię, pytając: „czy in house jest prawnie dozwolony?”. Nie ma sensownej odpowiedzi na to pytanie, jest to pytanie niedomknięte – aby miało sens, trzeba dodać „w jakiej sytuacji?”, „dla osiągnięcia jakiego celu?” itp. Celem tym jednak w żadnym razie nie może być np. ograniczenie konkurencji, jeśli działa dobrze i nie dewaluuje innych potrzeb (w obszarze gospodarki odpadami komunalnymi takie dysfunkcje nie występują). Aktywiści samorządowych egzekutyw myślą zatem następująco: jeśli czegoś nie możemy zrobić sami, pytamy przedsiębiorców, czy zechcieliby. A jest – biorąc pod uwagę aksjologię – dokładnie na odwrót: jeśli przedsiębiorcy nie są w stanie poradzić sobie z materią zlecenia, to wtedy – w ostateczności – działamy własnymi siłami. Napór na bezprzetargowe zlecenia jest zresztą funkcją wysokich stanów bezrobocia, które w ten sposób „skrapla się” w postaci generowania nowych i „ochrony” starych spółek okołogminnych (nie jest wymuszony dysfunkcją w samej materii przedmiotu). Bezprzetargowe zlecenie na pewno nie leży w interesie ogółu członków wspólnot samorządowych, bo oznacza to dla nich – jako konsumentów – usługę w długim okresie działania droższą i gorszą. Miliony razy już monopol odsłaniał swoją ponurą twarz. Dla przedsiębiorców skutki byłyby katastrofalne (wykluczenie z rynku) i nieodwracalne (większość przedsiębiorców jest pozbawiona możliwości relokacji).

Jean-Michel Kaleta

prezes Zarządu SITA Polska

Obecnie w Polsce musimy poważnie zająć się uszczelnieniem systemu odbierania i zagospodarowania odpadów. Niestety, wciąż brakuje nad nim kontroli i konsekwentnego egzekwowania prawa. Gminy, urzędy marszałkowskie i WIOŚ-e mają już wszystkie narzędzia, aby to robić, ale z nich nie korzystają. „In house” w żaden sposób nie wpłynie na poprawę tej sytuacji. Ponadto argumentem „za” miała być konieczność zabezpieczenia strumienia odpadów dla publicznych instalacji wybudowanych przy wykorzystaniu środków unijnych. Założenie to jednak dyskryminuje inne instalacje funkcjonujące na rynku. Zapewnienie strumienia odpadów dla wszystkich instalacji w regionie to zadanie dla marszałków, którzy powinni przygotować długofalowe plany, zabezpieczając właściwą liczbę instalacji do przetwarzania rzeczywistej ilości odpadów.

Wprowadzenie „in house” spowoduje, że zniknie sektor prywatny w gospodarce odpadami, a z tym wiąże się utrata pracy kilkudziesięciu tysięcy osób. Zaskakujące zmiany w prawie mogą sprawić, że rynek stanie się niestabilny, przez co sektor prywatny, działający w różnych obszarach gospodarki, może zostać mocno zredukowany.

Polska jest jedynym krajem, gdzie najpierw sprywatyzowano usługi komunalne, a dziś – 15 lat później – podejmowane są próby przywrócenia poprzedniego stanu i wprowadzenia „in house”. To może zmienić zasady funkcjonowania rynku, a sektor publiczny na nowo przejmie branżę. Wprowadzanie zmian w prawie, eliminujących firmy prywatne, które przez lata inwestowały na tym rynku, wiąże się, oczywiście, z odszkodowaniami. Kto je zapłaci? Mieszkańcy-wyborcy, gminy czy może rząd?

Dziś skutki prób wprowadzenia „in house” widzimy w obszarze przetwarzania odpadów. A dokładnie w tych gminach, gdzie ogłoszono przetargi jedynie na odbieranie odpadów i wskazano gminne instalacje, do których odpady mają trafiać. Jasno widać, że kosztują one więcej niż prywatne. A płaci, oczywiście, podatnik.

Krzysztof Gruszczyński

Country Manager Grupy ALBA

prezes Zarządu ALBA Polska

Jako grupa Alba jesteśmy stanowczo przeciwni zarówno projektowi „in house”, jak i próbie jego wprowadzenia niejako „od kuchni” poprzez poprawkę nowelizującą u.c.p.g., która miałaby umożliwić bezprzetargowe zlecanie zagospodarowania odpadów spółkom gminnym. Sam sposób jej wprowadzenia budzi nasze zaniepokojenie i jest, naszym zdaniem, nie do zaakceptowania. To zbyt poważny temat i wymaga szerszej dyskusji.

Od początku wskazywaliśmy również na niepotrzebny, naszym zdaniem, podział przetargów na transport i zagospodarowanie odpadów, który okazał się krokiem na drodze do „in house”. Zwracamy też uwagę na proponowane ograniczenia w finansowaniu projektów środowiskowych z funduszy unijnych praktycznie tylko do spółek gminnych. Całokształt powyższych zmian prowadzi do renacjonalizacji sektora gospodarki odpadami i do ograniczenia wolnego rynku. Odbije się to na mieszkańcach w podwyższeniu tzw. opłaty śmieciowej oraz doprowadzi do utraty miejsc pracy w sektorze prywatnym. Faktem jest, iż już dzisiaj często instalacje gminne są kilka razy droższe od instalacji budowanych przez firmy prywatne. Nie ma naszej zgody na takie działanie.

dr Marek Gębski

członek zarządu REMONDIS

W Polsce mamy dynamicznie rozwijający się rynek odpadowy, w którym udział sektora prywatnego stanowi 60%. Są to głównie małe i średnie firmy, generujące tysiące miejsc pracy i zasilające budżet. Przedsiębiorstwa te rywalizują ze sobą, przyczyniając się do większej efektywności branży. Wprowadzenie „in house”, a więc zdławienie konkurencji, doprowadziłoby do wzrostu kosztów i cen oraz pogorszenia jakości usług. Jest to całkowicie nielogiczne. Samorządy argumentują, że „in house” konieczny jest do ochrony wielomilionowych własnych inwestycji. Przedsiębiorcy prywatni pytają jednak, dlaczego mechanizm zagwarantowania strumienia odpadów ma być tylko jednostronny? Dlaczego pomijane są nowoczesne instalacje prywatne?

REMONDIS działa w Polsce już 22 lata i zainwestował do tej pory ponad 1,2 mld zł w systemy gospodarki odpadami. Strategia inwestycyjna, w tym udział w licznych prywatyzacjach, była tworzona w oparciu o stabilne prawo i trwałość inwestycji. Nawet w rewolucyjnych zmianach z 2011 r. widzieliśmy możliwość rozwoju, chociaż zmiany ewolucyjne byłyby lepszą drogą do spełnienia wymagań unijnych. Zlecenia bezprzetargowe to całkowita zmiana reguł gry. To groźba zmarnowania istniejącego potencjału firm prywatnych oraz utrata zaufania przedsiębiorców do państwa.

Warto dodać, że w większości krajów UE podstawy systemowe tworzyły się kilkadziesiąt lat temu przy ograniczonym udziale sektora prywatnego. Zlecenia bezprzetargowe wypełniały lukę rynkową, a inicjatywa prywatna rozwijała się w oparciu o stabilne prawo. Udział zleceń „in house” systematycznie zmniejszał się w wyniku stosowania różnych modeli PPP, prywatyzacji i spółek celowych. Wprowadzono przepisy regulujące „in house”, np. warunek bezpośredniej kontroli podmiotu czy posiadania nie więcej niż 20% zleceń poza „in house”. A odpady z podmiotów gospodarczych niezmiennie pozostają na wolnym rynku.

Piotr Szewczyk

dyrektor Zakładu Unieszkodliwiania Odpadów Komunalnych Orli Staw,

przewodniczący Rady RIPOK

Nowelizacja ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach wprowadziła, jako wyjątek od zasad powszechnie obowiązujących, konieczność ogłaszania przez samorządy przetargu na odbieranie odpadów. Pomimo posiadania własnych sił i środków do realizacji takich zadań gmina musi ogłaszać przetarg, pozostając później często z nieużytecznym majątkiem w postaci bazy technicznej i śmieciarek kupionych przy współfinansowaniu ze środków pomocowych. W efekcie zlikwidowano wiele gminnych zakładów budżetowych.

Decyzja o konieczności ogłaszania przetargów była ukłonem ustawodawców w kierunku podmiotów prywatnych realizujących te usługi w ramach dotychczasowego systemu. Implementacja dyrektywy unijnej wymaga jednak zmiany tego stanowiska. W krajach Unii powszechne jest, że gmina, realizując zadania własne, a do takich należy gospodarka odpadami, nie jest związana prawnie co do formy, w jakiej ma to zadanie realizować. Może to robić samodzielnie bądź wspólnie z innymi gminami, zlecić zadanie podmiotowi prywatnemu lub utworzyć wspólny podmiot w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Decyzję w sprawie wyboru ścieżki winny dyktować ekonomia i jakość usług. Weryfikacja słuszności podjętych decyzji następuje okresowo podczas wyborów, a wskaźnikiem oceny są koszty i opłaty ponoszone przez mieszkańców. Przejście do nowego systemu winno odbywać się jednak ewolucyjnie. Szanując prawa nabyte, dotychczasowi wykonawcy powinni mieć więc możliwość płynnego przejścia do nowych uwarunkowań, w których ustawowo narzucony przymus przetargowy zastąpiony zostanie swobodą wyboru formy działania przez lokalne władze samorządowe. Jest to sprawdzony od lat kierunek europejski, a szukanie trzeciej drogi za pomocą protez prawnych i wyjątków w powszechnie obowiązujących regułach, jak uczy doświadczenie, prawie nigdy nie przynosi dobrych rezultatów.

Krzysztof Kawczyński,

przewodniczący Komisji Ochrony Środowiska,

Krajowa Izba Gospodarcza

Na podstawie dostępnych opracowań można wskazać, że celem dyrektywy 2014/24/UE jest zapewnienie, aby udzielanie zamówień publicznych w krajach UE było dokonywane zgodnie z zasadą swobodnego przepływu towarów i zachowaniem zasady swobody przedsiębiorczości oraz swobody świadczenia usług. Nowe przepisy kodyfikują jednocześnie zasady powierzania zadań i zawierania umów w ramach współpracy publiczno-publicznej, w tym zamówień udzielanych podmiotom zależnym – powiązanym (tzw. zamówienia „in house”, art. 12 dyrektywy). Po różnych analizach prawnych można dzisiaj mówić o sytuacji, że dyrektywa sankcjonuje narzędzie zwane „in house”, ale nie każdy kraj członkowski musi go stosować wprost w każdej dziedzinie gospodarki, np. w gospodarowaniu odpadami komunalnymi, i nie będzie to stanowiło naruszenia dyrektywy. Polska nie jest więc zobowiązana do zmiany rozwiązań prawnych odnoszących się do systemu gospodarowania odpadami, które zostały przyjęte w znowelizowanej ustawie u.c.p.g. z 2011 r., dlatego wszelkie decyzje w tym zakresie winny być dobrze przygotowane oraz uzasadnione ważnym interesem społecznym, nie mogą też ograniczać funkcjonowania konkurencyjnego rynku. Należy wskazać na fakt, że dzisiaj nieograniczone i pochopne wprowadzenie zamówień „in house” do systemu gospodarki odpadami może skutkować kolejną „rewolucyjną” zmianą fundamentów funkcjonowania systemu, w tym zasadnymi roszczeniami wielu podmiotów obecnych na rynku i koniecznością wypłaty ogromnych odszkodowań dla tych podmiotów oraz – w skrajnym przypadku – utratą dziesiątek tysięcy miejsc pracy na rynku krajowym. Dlatego ktoś powinien imiennie wziąć odpowiedzialność za taką operację – za kolejną rewolucję śmieciową, której nasz nowy system gospodarowania odpadami może nie wytrzymać.

Oprc. Lech Bojarski, Barbara Krawczyk, Nina Kinitz

Ten artykuł jest dostępny dla wszystkich

Z prenumeratą cyfrową lub papierową uzyskasz
bezpłatny dostęp do wszystkich treści.

Sprawdź ofertę prenumeraty

Zaloguj się  |  Prenumerujesz? – otrzymaj dostęp

comments powered by Disqus